Zamieszczam ciekawą wypowiedź na temat tolerancji, którą znalazłem na forum Onetu. Dotyczy ona rozumienia modnego ostatnio pojęcia tolerancji.

Kiedyś zaproszono mnie do szkoły, abym powiedział coś uczniom o tolerancji. Moja wypowiedź była krótka. Pokazałem im cztery książki: Pismo Święte, "Breviarum fidei" (wybór najważniejszych doktrynalnych dokumentów Kościoła), dokumenty Soboru Watykańskiego II i Katechizm Kościoła Katolickiego. Następnie powiedziałem: "W żadnej z tych książek nie występuje słowo tolerancja. W kulturze i praktyce chrześcijańskiej odpowiednikiem tolerancji jest miłość. Mamy kochać ludzi, a nie ich tolerować". Ta oczywista prawda chrześcijaństwa jest jednak coraz mniej w Polsce oczywista. Mass media robią wszystko, by tolerancja stała się podstawową wartością w naszej kulturze. Wspiera je szkoła, a nawet niektóre środowiska katolickie. Te wysiłki są coraz bardziej skuteczne. Onegdaj słyszałem w Radiu PLUS dyskusję, z której wynikało wprost, że tolerancja to podstawowa cnota ewangeliczna. Upowszechnianiu czegoś, co można by już nazwać kultem tolerancji, towarzyszą zabiegi wprowadzające w życie, tak w myśleniu, jak i w działaniu, jej podstawowe zasady.


Cóż to jest tolerancja? Tak oto definiuje ją "Mały słownik terminów i pojęć filozoficznych" (Warszawa 1983): Postawa wyrażająca się w przyznawaniu innym prawa do wypowiadania własnych poglądów i do zgodnych z nimi zachowań, chociaż są odmienne od tego, co samemu się uważa za prawdziwe i słuszne. Jest to świetna definicja.

Wystarczy chwilę nad nią podumać, by dojść do wniosku, że doktryna tolerancji jest niekonsekwentna, wewnętrznie sprzeczna, wręcz absurdalna i niebezpieczna. Jeżeli bowiem będziemy przyznawać dosłownie wszystkim ludziom prawo do "wypowiadania własnych poglądów i do zgodnych z nimi zachowań", to tym samym automatycznie będziemy zgadzać się na każde ewidentne, nawet największe zło. Nawet najzagorzalsi zwolennicy tolerancji zgadzają się w praktyce na to, że tolerancja ma jednak pewne granice.

Określanie tych granic przez głosicieli tolerancji dokonuje się w sposób, z konieczności zresztą, dosyć dowolny. To oni więc w konsekwencji zaczynają sami autorytatywnie, w oparciu o jakieś swoje bliżej niesprecyzowane przeświadczenia i odczucia określać, co jest jakimś złem, którego nie można tolerować. Bardzo często zdarza się, że takim złem, obok np. hitleryzmu, jest wszystko to, co związane jest z chrześcijaństwem, a przede wszystkim z katolicyzmem.

Fanatycy tolerancji argumentują w takich wypadkach, że dlatego nie można tolerować pewnych poglądów i postaw właściwych dla chrześcijan, bo godzą one w... tolerancję. Ten argument jest nielogiczny i zabawny, ale też jakoś przerażający. Ujawnia on, że doktryna tolerancji i samo zjawisko tolerancji niewiele ma w istocie wspólnego z akceptacją drugiego i szacunkiem do niego. Zauważmy przy tej okazji, że przytoczona definicja tolerancji nie wyklucza poglądów i zachowań negujących samą tolerancję.

W teorii zwolennicy tolerancji powinni więc akceptować nie tylko chrześcijaństwo, lecz także każdy autorytaryzm. W praktyce są bardziej skłonni tolerować np. satanizm niż katolicyzm. Dlaczego? Doktrynalnym fundamentem tolerancji jest relatywizm poznawczy (nie ma obiektywnej prawdy) i moralny (nie ma obiektywnego dobra). Tolerancja jest zatem, ze swojej istoty, postawą akceptacji dla różnej maści relatywistów, którzy głoszą ten sam pogląd, a różnią się co najwyżej w sposobach jego uzasadniania.

Tolerancja obejmuje, ale już tylko na zasadzie pobłażania, wszystkich tych, którzy uznają jakieś "prawdy" i jakąś "moralność", ale podkreślają przy każdej okazji, że są to wyłącznie ich "prawdy" i ich "moralność" i nie negują "prawd" i "moralności" przyjmowanych przez innych. Promotorzy tolerancji zwracają się więc np. do katolików, mówiąc: "Jeżeli chcecie być tolerancyjni, przyznajcie, że wasze prawdy są tylko wasze i że nie są lepsze od prawd np. buddyzmu". Wielu katolików zaczyna już bezmyślnie reagować na to wezwanie, zapominając o fundamentalnych dla chrześcijaństwa twierdzeniach, że jedynym Zbawicielem jest Jezus Chrystus, że to On jest Prawdą, Drogą i Życiem, i że życie sprzeczne z Bożymi przykazaniami jest życiem chybionym, nie tylko godzącym w Boga i Zbawienie, ale niszczącym samego człowieka. Katolik nie może tolerować fałszu i zła. Musi tylko pamiętać o tym, że zwalczając je, nie wolno mu złamać któregokolwiek z dziesięciu przykazań, a przede wszystkim dwóch przykazań miłości.

Tolerancji nietolerancja. Czy w perspektywie prawdy i dobra i w chrześcijańskiej perspektywie możemy w ogóle mówić o tolerancji czy nietolerancji? Gdy ostatnio występowałem w telewizji TRWAM i wspomniałem o tolerancji, zareagował na to telefonicznie jeden z telewidzów, sugerując, że dla tolerancji jest tyle miejsca w życiu, co w budownictwie. W trakcie budowania domu należy trzymać się ściśle pewnych wyliczeń. Dopuszcza się tu tolerancję rzędu paru milimetrów. Uwaga ta świetnie ilustruje coś, co można by nazwać chrześcijańską tolerancją. Możemy tolerować pewne drobne odchylenia od norm i tylko te, które nie owocują fałszem i złem.

Czy odrzucając tolerancję, przyjmujemy postawę nietolerancji? Oczywiście, że nie. Nie ma tu takiego prostego przeciwstawienia: albo jesteś tolerancyjny, albo nietolerancyjny. Jeżeli coś nie jest czarne, to nie oznacza, że musi być białe. Może być przecież albo zielone, albo żółte, albo np. czerwone. Katolik ma być przeciwnikiem tolerancji i niewolnikiem miłości, która pragnie dla osoby ukochanej prawdy i dobra. Sytuacja tutaj ma być taka sama, jak sytuacja matki kochającej swoje dziecko, która nie będzie tolerować nie tylko narkotyków w życiu swojego dziecka, ale i jego lenistwa, głupoty, kłamstwa itd. Zrobi wszystko, by jej dziecko było dobrym, mądrym, prawym, uczciwym i szczęśliwym człowiekiem. Jeśli dziecko popełni zło lub będzie błądzić w jakikolwiek sposób, nie spotka się ze strony matki z postawą nietolerancji, odrzucenia, ale postawą miłości walczącej o prawdę i dobro, postawą, która nie będzie godzić w fałsz i zło tak, by zarazem negować dobro dziecka i samo dziecko.

Zwolennicy tolerancji bronią np. sekt, domagając się dla nich swobody - tolerancji. Potem, gdy w wyniku działania jakiejś sekty dochodzi do drastycznej zbrodni, umywają ręce jak Piłat, nie chcąc zauważyć, że współodpowiadają za tę zbrodnię. Gdy kierujemy się miłością bliźniego, uniemożliwiamy jednym bliźnim czynić szkodę innym. Miłość nam podpowiada, że mamy tu prawo posunąć się bardzo daleko, by uniknąć zła, nawet aż do ograniczenia wolności krzywdzicieli. Gdy jedno z naszych dzieci robi krzywdę pozostałym, wkraczamy stanowczo, uniemożliwiając zło, posuwając się tak daleko, jak to jest konieczne. Nie ma to nic wspólnego z nietolerancją.

Masońskie korzenie. Kto sformułował doktrynę tolerancji? Kto pierwszy i najgłośniej się jej domagał? Można tu wyróżnić dwie grupy ludzi. Po pierwsze, będą to wyznawcy tolerancji, dla których świętością jest relatywizm poznawczy i moralny. Dla kogo to jest świętość? Dla wszystkich tych, którzy człowiekowi, a przynajmniej wybranym ludziom, przyznają status bóstwa. Relatywizm wiąże się przecież z przekonaniem, że każdy może sobie kreować prawdę i dobro. Tego zaś, kto jest autorem prawdy i dobra, nazywamy inaczej Bogiem. Tych, którzy nazywają człowieka Bogiem, określamy w zależności od genezy ich poglądów albo poganami albo satanistami. Pogaństwo, jak zresztą i satanizm, ma tysiące twarzy. Jedną z sekt pogańskich jest np. masoneria. Masoni zawsze programowo głosili tolerancję. Jej promocję można znaleźć na łamach większości numerów masońskich periodyków, takich jak "Ars Regia" czy "Wolnomularz Polski". Dla ilustracji przytoczmy tu jedną z publicznych wypowiedzi Wielkiego Mistrza Wielkiego Wschodu Polski prof. Andrzeja Nowickiego. Uzasadniając swoje wstąpienie do masonerii, stwierdził: Można powiedzieć, że w świecie masońskim przebywam już kilkadziesiąt lat, a moje wstąpienie do loży Europa w 1994 roku było tylko formalnością. Potwierdzającą moją działalność na rzecz wolnej myśli, tolerancji, świeckości państwa oraz wierności zasadom wolności, równości i braterstwa narodów. Czyli ideom, na których opiera się działalność masonerii ("Sukces", kwiecień 1998).

Druga grupa promotorów tolerancji to wszelkiej maści formacje, które w danym momencie stanowią słabą mniejszość. Głoszą oni tolerancję, by uchronić siebie przed negacją, delegalizacją itp. Głoszą tolerancję tylko taktycznie. Gdy rosną w siłę, natychmiast przestają być tolerancyjni i narzucają swoją ideologię.

Doktryna i praktyka tolerancji w jakiejś mierze wyrasta z teorii i rzeczywistości Rewolucji Francuskiej. Rewolucja ta pokazała, na co stać fanatyków tolerancji. Apogeum ich postawy wobec inaczej myślących była Wandea i eksterminacja tysięcy katolików. W tym kontekście można postawić bardzo zasadne, jak się wydaje, pytanie. Co zrobiliby dziś z nami głosiciele tolerancji, gdyby byli silniejsi, gdyby mieli więcej i to bardziej nieograniczonej władzy? Być może też poderżnęliby nam gardła. Aleksander Małachowski, odbierając nagrodę za osiągnięcia w dziedzinie tolerancji, stwierdził, że nie ma tolerancji dla przeciwników tolerancji. Wyraził tym samym pogląd, że dla nas, katolików, dla nas, Polaków, tolerancji nie ma. Odpowiadamy na to: nie ma tolerancji dla zwolenników tolerancji. Nie można pozwolić, żeby nasz polski dom się zawalił.
DAMON123, 2005-11-27 07:05